· 

Co się stało w Szwajcarii?

Po około 18 godzinach podróży w autobusie dotarłam do Zurychu. Była około 5 rano. Jacyś chłopcy pomogli mi znieść ogromną 30kg torbę po schodach na dworcu. Dukali coś po angielsku, ale mój angielski był koszmarny, więc się tylko uśmiechnęłam całodobowym zmęczeniem. Pierwszy raz wtedy miała do czynienia z pociągami i to jeszcze po niemiecku, a że jestem kompletna noga w orientacji w terenie, bałam się przeogromnie. W końcu bilet jakoś kupiłam ( szwajcarskie pociągi są super! stworzone dla głupich , takich jak ja) i dojechałam do Lucerny. Później jeszcze jedna przesiadka do Meiringen, aż w końcu znalazłam się w tym małym miasteczku. Tam odebrała mnie moja przyszła szefowa Helena. Punkt docelowy to wioska Innertkirchen. Wysiadamy tam na wysokości ponad 1000 m. n.p.m, obok restauracji, gdzie przez kolejne 3 miesiące mam być kelnerką.

 

Po tylu godzinach podróży wysłano mnie na górę. Restauracja to dość spory budynek, gdzie na drugim piętrze znajdują się pokoje gościnne, moje kilka metrów, oraz królestwo szefów. No pięknie, będziemy sobie tam razem mieszkać. Obudziłam się po jakiś 3 godzinach głębokiego snu z najbardziej pustym uczuciem jakie kiedykolwiek doświadczyłam. Jestem sama. I to ponad 1500 km od domu.

 

Ogarnęło mnie przerażenie. Pierwszy raz od czasu opuszczenia rodzinnego gniazda jestem skazana tylko na siebie.

Wstawałam zazwyczaj około 7.30, a o 8.00 byłam już na dole. Sprzątałam całą restaurację z dnia poprzedniego, z słomy i błota. Przysięgam dosłownie. Po 8.00 przychodził Pat z świeżą dostawą mleka od własnych krów i był zarazem moim pierwszym gościem. Był mi obojętny, niewiele rozumiałam z jego bełkotania. To była moja pierwsza styczność z niemieckim, Pat miał gęste wąsy, co już w ogóle skreślało moje szanse, bo strasznie bulkotał. Na dodatek trzeba zaznaczyć, że w Szwajcarii mówi się nie niemieckim, a schweizerdeutsch. Nigdzie tego nie uczą, nigdzie o tym nie mówią, w szkole utajają. Przyjechałam do tego kraju i doznałam szoku, że nie rozumiem nic w ząb. Dopiero trzeba było prosić ludzi by mówili po niemiecku, w hochdeutsch, a może się zgodzili i może ewentualnie starali. Do tych ludzi nie należał mój dostawca mleka. Później klienci, na weekendzie nawet cała ich masa, a ja byłam jedyną osobą na serwisie. Każdego dnia tak samo. I na początku nawet mi się podobało. Każdą swoją pomyłkę traktowałam jak naukę. Na barze leżał mój słowniczek niemieckiego i miałam wielki zamiar ( to już nie pierwszy) nauczyć się go na pamięć. Miałam też swoich kumpli.

 

Mój ulubiony 70letni klient, wyglądał trochę jak Einstein bez włosów i uwielbiam prowadzić ze mną mądre dyskusje. Stawiał mi wysoko poprzeczkę. Na pewno znacie tych ludzi, przy których czujecie się zobowiązani bardzo wczuć się w rozmowę i utrzymać ją na wysokim poziomie. Tak było z nim.

Kierowca autobusu, a że przystanek tam był raz na sto i też niewielu kierowców, to zakumplowaliśmy się. Wziął mnie raz na wycieczkę ogromnym autobusem po szwajcarskich górach, gdzie patrząc w dół witała otchłań,  a dla mnie wręcz śmierć, bo tak się bałam.

 

 

 

Schody zaczęły się dopiero po około 1,5 miesiącu. Czyli aż po 11 tygodniach stałej krytyki, nieporozumień, bo język , a to znowu rozkojarzenie. Wcześniej traktowałam to normalnie, uczę się. Później zaczęłam sobie sama destrukcyjnie podchodzić do sprawy, że to ja się nie nadaję to pracy wakacyjnej. Odwiedzało nas też pełno tak zwanych arschlochów. Czyli po niemiecku dupków. Moje ulubione słowo. Wielcy panowie czekający tyko na potyczkę biednej kelnerki z Polski. Śmiejąc się później całym brzuchem, gdy coś zawaliłam.

 

Miałam takich dwóch krasnali. Nienawidziłam ich. Czuli się Panami, a ja byłam tylko sługą. Kulminacja okazała się być pewnej niedzieli. Był straszny ruch, ludzie się mnożyli, czekali przed drzwiami, wszystkie stoliki były zajęte, w kuchni bałagan, nie ma palników, sztućców, czasu. To był koszmar. Szefowa zadzwoniła do swojej koleżanki prosząc o pomoc. Mi sypało się wszystko z rąk. Nie dałam rady. Co robię ja? Powstrzymuję siłę grawitacji i moje toczące się łzy w oczach, mające ochotę spaść i potłuc całą moją ciężką pracę walki z własnymi słabościami. Nie udało się. A wtedy wszystko się posypało. Kelnerka w takim stanie nie mogła już więcej serwować ludziom z pięknym uśmiechem na twarzy.

 

Dotrwałam do końca zakładając na drugi dzień po kulminacji kalendarz, gdzie skreślałam każdy zaliczony dzień. Walczyłam jak smoczyca. Nauczyłam się lepiej języka, zarobiłam i udowodniłam, ale doświadczyłam terapią szokową, że na świecie istnieją też arschlochy. Wcześniej tego nie wiedziałam, więc przez cały wyjazd, za każdym razem gdy ktoś mnie skrytykował, brałam całą winę na siebie: tak, tak mój panie, nie jestem godna się przeciwstawić, zrobię wszystko co w mojej mocy, aby się poprawić. Tylko nie ma ludzi idealnych i ciągle było coś do poprawiania.

 

Dzień przyjazdu do domu był dniem potwornej fali szczęścia. Znalazłam się znowu w domu, gdzie jestem mile widziana, kochana i szanowana. Ale już nigdy więcej nie byłam tą samą osobą. Tą sprzed wyjazdu do Szwajcarii, cieszącą się na przygodę i pojedynkę samemu, na pożegnanie z domem i na dorosłość.

 

W domu czekało na mnie tyle radości… Moja siostra. Jednak sielskie życie po powrocie nie przytrzymało mnie na długo, o czym na pewno napiszę.

 

 

Write a comment

Comments: 0