· 

Jak wygląda Msza Św. w Kenii

Msza w Kenii to zdecydowanie coś, co warto przeżyć. Absolutne MUST BE, przed wszystkimi atrakcjami, marketem Masajów i podziwianiem żyraf.

 

Kościół z zewnątrz to zwykła prosta, jednopiętrowa budowla, do którego prowadzi dróżka przez łaki. Bez większych oznaczeń ciężko  jest tam trafić. Jednak jest znak szczególny. MUZYKA! Słychać ją już kilkadziesiąt metrów dalej. Jest radosna i dobrze nastrajająca. Aż chce się wstąpić do środka.

 

Już po przekroczeniu progu ujawia się coś całkiem INNEGO. Jednopokojowa sala, wystrojona w łańcuchy i świecidełka, a w środku ludzie. Ale jacy LUDZIE. Nagle z tych biednie odzianych, ciężko pracujących tubylców, ukazują się weselnie i kolorowo ubrani uczestnicy jakiejś ogromnej parady mody. Mężczyźni w garniturach, klasa. A kobiety w sukienkach i w butach na obcasach. To nic, że droga to istna rewolucja i na każdym krokiem wbijają się tymi obcasami w suchy piach.

 

Nawet ta malutka, około 6-letnia dziewczynka postanowiła dzisiaj zaszaleć.

Na początku uroczystość prowadzili tutejsi ludzie. Modlitwy w języku suahilii.

 

A teraz nastąpiła najlepsza część. TAŃCE, HULANCE! Wioska nie zawsze ma prąd, ale tutaj tego problemu zabrakło. Muzyka huknęła przez głośniki, trochę zepsute, bo szmery i trzaski były wręcz uszkadzające błonę bębenkową. Przypomniały mi się ogniska, jeszcze w czasach gimnazjum, kiedy chciało się mieć głośno muzykę, no, ale boxy już nie dawały rady.

 

Ledwo udało się nam komunikować z mamą Jörga. Chciałam koniecznie przekrzyczeć muzykę i dowiedzieć się co się dzieje, co mam robić. Szybko zrozumiałam. Po prostu TAŃCZYĆ. I tu nie było jak na dyskotekach, jeden tańczy jak szalony, a drugi podpiera ścianę.

 

WSZYSCY dawali z siebie wszystko. I to był prawdziwy taniec. Ruch każdą częścią ciała i szczęście na twarzy. Do tego współgra wszystkich ludzi. Dzieci podchodziły do nas, brały za ręce, albo przytulały się w tańcu. Nie wiem dla kogo była to większą atrakcją, dla nas czy dla nich.

Za chwilę jeszcze jedno okrążenie wokół ołtarza i muzyka cichnie.

 

Prowadzący wyciągnął nas na ołtarz i kazał powiedzieć kilka słów o sobie. W normalnych warunkach i europejskim kościele wyszłabym z siebie ze stresu, schowała się za ambonę, a co na pewno spaliła porządnego buraka na twarzy. Tutaj te tańce i luźna atmosfera nie pozwalały się stresować.

 

Na koniec zjawił się PASTOR z swoim baaardzo długim kazaniem. Specjalnie dla nas po angielsku. Ktoś inny tłumaczył innym na język suahilii. Po 30 minutach skończył się nasz zapał i poszliśmy do domu. Jednak jest to całkiem normalne. Wychodzisz, kiedy chcesz. Bez obawy, że 'pani Helenka cię obgada za bycie bezbożnikiem'.

 

Super! Uśmiechy, luz, szczęście, pozytywna energia, dystans.

Gdyby msze w Europie też tak wyglądały...

 

Write a comment

Comments: 4
  • #1

    Hanna (Saturday, 10 March 2018 15:22)

    Totalna abstrakcja, a w Europie chyba rzeczywiście nie do pomyślenia. Ale bardzo podobają mi się te zwyczaje :)

  • #2

    Julia (Sunday, 11 March 2018 00:19)

    Czytałam o tym w jakiejś książce - chciałabym naprawdę to kiedyś przeżyć! <3

  • #3

    ula mamonik.pl (Sunday, 11 March 2018 18:47)

    Faktycznie - zupełnie inaczej niż u nas. I kto wie - czy mimo wszystko nie lepiej :) I bliżej Boga

  • #4

    Paulina (Sunday, 11 March 2018 21:41)

    Ale super przeżycie � Ja miałam okazję brać udział w mszy w kościele anglikańskim. Bardzo podniosła atmosfera, ale było to coś nowego i pięknego. Każda religia ma coś, co może zadziwić �